100_7118 jpg

Bokser-ministrant

– Ubieramy się w komże. ten chłopak mi coś wtedy przygadał. nie wytrzymałem.Jak walnąłem faceta w pysk, od razu się przewrócił. Wstał i skacze do mnie,ja do niego. starsi nas złapali i rozdzielili. Przychodzimy na kolejne nabożeństwo i wtedy jeden starszy ministrant mówi: „tak to nie może być. musicie stoczyć pojedynek w rękawicach bokserskich”. i zaczęła się walka – do pierwszej krwi
– opowiada 82-letni Batorak, Jerzy Antepowicz.

Najsmaczniejsze ziemniaki w życiu

Jerzy Antepowicz: W czasie okupacji byłem ministrantem w kościele św. Krzyża. Koło ministrantów było wtedy przechowalnią młodzieży. Ponad 100 ministrantów w kole. Kościół był ostoją patriotyzmu, wszystkiego co piękne, tradycyjne. W okresie wojny spełniał niezmiernie ważną funkcję. Opiekowali się nami księża. Doskonale wiedzieli, że starsi z nas byli w jednostkach wojskowych- harcerskich. Ja należałem do najmłodszej grupy – „Zawisza”. Tam trafiali chłopcy 13-14-letni. Jeździliśmy na wycieczki. Razem z księżmi pojechaliśmy kiedyś gdzieś za Wilanów, tam miały swoją siedzibę zakonnice. Zrobiły nam wannę zsiadłego mleka i gorące ziemniaki. O Jezus Maria, w tym głodzie my wtedy byliśmy najedzeni! A potem poszliśmy na wycieczkę do lasu. W rzeczywistości to była zbiórka harcerska, ćwiczenia. Opiekunowie wyjęli rewolwer. Pokazali jak się go rozkłada, składa. Ale oficjalnie to była wycieczka ministrancka. W ten sposób byliśmy przygotowywani do służby w harcerstwie. Już najmłodsze pokolenie – Zawiszacy. I trudno, żebyśmy w takiej atmosferze nie czuli, że coś się szykowało, że coś wybuchnie. Ale to na razie był ’41 rok, jeszcze trzy lata. To przecież niewyobrażalna przestrzeń czasowa. W tym czasie zginęło pięć milionów Polaków, w tym czasie wymordowano
1,5 miliona Żydów. Działy się rzeczy niewyobrażalne.

Piąchą w pysk ministrantowi

Wśród ministrantów pojawił się chłopak, z którym zawsze sobie dogryzaliśmy. W maju ’44 roku przyszliśmy któregoś dnia wieczorem na mszę. Ubieramy się w komże. On mi coś wtedy przygadał. Nie wytrzymałem. Jak walnąłem faceta w pysk, od razu się przewrócił. Wstał i skacze do mnie, ja do niego. Rzucamy się na siebie. Starsi nas złapali i rozdzielili. I tak poszliśmy służyć do mszy. Obrażeni na siebie. Przychodzimy na kolejne nabożeństwo i wtedy jeden starszy ministrant, Tadeusz Sławik, mówi: „Tak to nie może być. Musicie stoczyć pojedynek w rękawicach bokserskich”. No to poszliśmy walczyć na ulicę Aleja na Skarpie. Przyszło 30 czy nawet 40 ministrantów. Wzięli się pod ręce i zrobili cztery ściany ringu. I zaczęła się walka – do pierwszej krwi. Dwa kurduple się lały. Ale tylko boksowanie, żadnego kopania. Zakrwawiliśmy się. To
była walka na rundy! Trzy rundy! Skończyliśmy. „A teraz podajcie sobie ręce”. Ale wciąż byliśmy na siebie obrażeni. Tak wyglądało wychowanie harcerskie. Skończyło się powstanie, natychmiast wróciłem do św. Krzyża. I nagle pojawia się dawny przeciwnik. A teraz to był kumpel! Zaczęliśmy z powrotem służyć do mszy. Tak do ’48 roku. Wtedy facet przestał chodzić do Świętego Krzyża, bo został oficerem UB. Został zwerbowany i wolał się nie pokazywać w naszym środowisku. Nie chciał nikogo z nas sypnąć.

Młody staruszek

Wiele lat po wojnie spotkałem się z kolegą ze szkoły Górskiego, Romkiem Zawadą. Jak miał te piętnaście lat to był najgorszy łobuz, chłopak był straszny. Nauczyciele mówili: „Zawada, jaką ty jesteś zawadą”. Minęły dziesiątki lat. Roman dopiero potem opowiedział mi, jak przyszedł w trakcie wojny do domu i zastał zapieczętowane mieszkanie. Niemcy zaaresztowali jego rodziców. Został sam na schodach. Nie jadł dwa dni. Błąkał się po ulicach, aż go przygarnęli dobrzy ludzie. I ten chłopak, który był największym łobuzem w trakcie wojny, jak poszliśmy razem do Batorego, to już był najspokojniejszy chłopak w szkole. Przewartościowało go życie. Stał się młodym staruszkiem.

Kurdupel z pistoletem

Jako Zawiszacy mieliśmy raz przenieść sztandar na przyrzeczenie harcerskie. Szliśmy w trzech, sztandar w teczce. Byliśmy uzbrojeni. Jeden chłopak miał pistolet zatknięty za pasem. Jezus Maria, jak ja sobie teraz uświadamiam, jakie my robiliśmy głupoty. Skąd tamten chłopak miał pistolet? Nikt nie wiedział. Czy on go ukradł czy pożyczył, po prostu chciał żebyśmy byli uzbrojeni. A myśmy byli mali chłopcy, kurdupelki. Niemiec mógłby się po prostu odwrócić, kopnąć nas i po sprawie. Ale myśmy byli uzbrojeni! I donieśliśmy ten sztandar.

Bartłomiej Pograniczny

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.