JA_kol włas

Chodziłem do szkoły z rewolwerem

Jerzego Antepowicza pierwszy raz spotkałem pięć lat temu. Przemawiał na rozpoczęciu roku jako prezes Stowarzyszenia Wychowanków Batorego. Dla ówczesnego trzynastolatka wydawał się oczywiście wiekowy, ale nie dałem mu więcej niż 60 lat (dzisiaj ma 82). Żwawy, gadatliwy starszy pan. Opowiadał o historii i tradycji. Czyli to, co słyszymy na każdym spotkaniu w auli i co często mamy powyżej uszu. Ale on mówił z pasją i przez to całkiem przyjemnie się go słuchało. Niedługo potem dowiedziałem się, że to były solista tenor. Skończył też studia dyrygenckie. Dlatego w swojej starej szkole zorganizował chór. Przez lata opowiadał, jak chciałby go wypromować, podnieść do ogólnopolskiego poziomu. Działał. Wiele razy widzieliśmy się w szkole, rozmawialiśmy o gazecie, batorackich śpiewających (kiedyś do nich należałem) i tak któregoś dnia zawitałem do jego mieszkania w Śródmieściu, kilka przystanków od ulicy Myśliwieckiej.

Jerzy Antepowicz: Przyszedłem do Batorego na wiosnę ‘45 roku. Lekcje odbywały się w piwnicy i na parterze, bo w ogóle nie było dachu. Padał deszcz. Lało się z sufitu. A wtedy nie nosiło się parasoli, bo to był symbol wrogiego kapitalizmu. Mieliśmy tylko gumowe peleryny. Dało się to wykorzystać.

Kiedy mieliśmy klasówki, to, jak dziś pamiętam, zachowywaliśmy się w sposób niecny. Padał deszcz, brało się kawał żelaza, waliło w sufit i odpadał tynk. Mówiliśmy: „Panie profesorze leci nam na głowy”. – A, no to idźcie do domu – odpowiadał. To było niecne, ale tak było! Jeżeli ktoś mi mówi, że byliśmy inni, to to jest śmieszne. Byliśmy taką samą młodzieżą jak wy. Z tym, że myśmy byli w pewien sposób bardziej dojrzali. Bo ty nie widziałeś człowieka, który miał rozwalony brzuch czy umierał z rozwaloną głową. A myśmy byli tego świadkami. Świadkami egzekucji na ulicach. Mieliśmy te 12, 13 czy 14 lat. I widzieliśmy rozstrzelania, trupy. Myśmy inaczej dojrzewali.

W ‘45 roku zjawiłem się w sekretariacie. Przyszedłem chyba z ojcem, chociaż nie jestem pewny. Rozmawiałem z jakimś panem, później się okazało, że to był dyrektor Roman Beranek. – Chcesz chodzić do Batorego? No to dobrze. Przynieś jakieś zaświadczenie, gdzie chodziłeś do szkoły – powiedział. W okresie okupacji byłem na kompletach w szkole imienia Wojciecha Górskiego. Ktoś mi powiedział, że inspektor z tej szkoły ma mieszkanie przy ulicy Targowej. Znalazłem go i od ręki dostałem zaświadczenie. Nikt nie chciał żadnych pieczątek, wystarczyło imię i nazwisko inspektora. I zaniosłem papier do Batorego. – No to już jesteś w trzeciej klasie – usłyszałem od dyrektora Beranka.

 

Jak żyć z tymi dziewuchami?

I proszę ciebie szok. Ja młody chłopak, nieobyty z dziewczynami, bo szkoła Górskiego była męska, wchodzę do klasy, a tam pannice. Wyrośnięte, starsze. Ja mam lat szesnaście, a obok mnie siedzi dziewucha, która ma osiemnaście, z drugiej strony inna dwadzieścia. Chłopaki po 18-19. Już flirtują, patrzą na dziewuchy, a co ja? Jak tu się zachować? Jak żyć z tymi dziewuchami? Bieda jak cholera, ale taka się potrafi ładnie uczesać, loczki sobie zakręci. A obok my. Smarkacze, którzy nie wiedzą, co to jest dziewczyna.

 

Rewolwer dla szpanu

Pod koniec września ’44 dostałem pierwszą broń – rewolwer Walter. Byłem wtedy ranny, leżałem w szpitalu, zaraz się skończyło powstanie warszawskie, więc zakopałem broń gdzieś w ziemi. Wtedy Niemcy wypędzili nas z Warszawy. Skończyła się wojna, weszli komuniści. To ja tę broń odkopałem. I potem przychodziłem do Batorego z rewolwerem. Ale takich chłopaków jak ja było wielu. Oczywiście to nie były pistolety maszynowe, to nie były karabiny, tylko rewolwery.

 

Bartłomiej Pograniczny: Ale po co pan przychodził do szkoły z bronią?

A po co do szkoły chodzi się z piłką? A po co w okularach? Przecież dla szpanu! Pamiętam jednego harcerza, Antka Swobodę. On miał kolta. Kolta! Z wymiennym bębnem! Normalnie jak się otwierało kolty, to się trzeba było po kolei wkładać pociski. A tu było co innego. Miałeś zapasowe bębny. Żeby przeładować, wyrzucałeś pusty bęben i miałeś gotowy kolejny. Już mogłeś strzelać. A w tamtych to musiałeś ładować, strzelać i znowu ładować. Kolt Antka to już była nowoczesność. Jezus Maria, jak myśmy mu zazdrościli. Pamiętam kiedyś siedzieliśmy na lekcji, a on przyszedł ze swoim koltem. Ładował do niego ołówek i pyk! Ołówek leciał do sufitu. Trudno było, żebym ja do szkoły nie przyszedł z Walterem. Ja się wtedy liczyłem.

W ‘45 roku w szpitalu na Kopernika zrobiono posterunek milicji obywatelskiej. A myśmy mieszkali niedaleko w zburzonym mieszkaniu. Kiedyś przychodzę do domu, ojciec patrzy na Waltera i krzyczy: – Czyś ty zwariował?! Milicja koło nas chodzi, a ty z rewolwerem? Oddawaj to! – Było odgórne polecenie o zdaniu całej posiadanej przez warszawiaków broni. Ja w płacz. Tam na Kopernika było szambo. Ojciec poszedł tam ze mną i rzucił do szamba Waltera. Jaki płacz. No ale nie było mowy, ojciec się liczył z konsekwencjami. Milicjanci w tamtym komisariacie to były najgorsze menty. Wszystko pijaki, kanciarze. Właśnie z takich ludzi robiono nabory. Kiedyś w szpitalu popili się i zaczęli rzucać na postrach granatami. Rozumiesz, taka była ta milicja. No to ojciec utopił mój rewolwer. Może rzeczywiście mnie uratował.

 

Zabawa w piwnicy

Pierwsza zabawa w Batorym była w piwnicy. Szkoła była bez światła. Więc wszystko było przy świecach. Były jakieś talerzyki z tekturki, każdy dostał ciasteczko, herbatę. Przyszło trzech muzykantów i mieliśmy tańce. Była zabawa. Potem w okresie karnawału były jeszcze dwie, też w piwnicy. A potem już w sali gimnastycznej.

Lekcje trwały do połowy sierpnia. Czyli od maja w trzy i pół miesiąca trzeba było skończyć klasę. Dwa tygodnie wakacji i pierwszego września zaczął się normalny rok szkolny.

100_7117

Było zimno jak cholera

W ’46 roku zaczęto kryć szkołę dachem. Ale wciąż nie było okien. Dach na razie przykryto papą i to wystarczyło.

Bartłomiej Pograniczny: Czytałem w „Pochodem idziemy…”, że również Batoracy angażowali się w odbudowę budynku.

Starsi oczywiście. Wchodzili na pierwsze piętro z szuflami, łopatami, oczyszczali wszystko z gruzu. Ale jak było krycie dachu, to dyrekcja nie zgadzała się, żeby chłopaki coś robiły. Mogło coś spaść. To musieli być ludzie przygotowani do pracy na wysokości. Ale chłopcy np. nosili cegły. To była tylko dorywcza pomoc. W ’46 roku już nam na głowy nie padało.

Oczywiście zimno było jak cholera. Przychodziła jesień to wszyscy siedzieliśmy w kapotach. Bo nie było pieców. Potem był problem, żeby wprawić okna. Naszym zadaniem było ich opatrywanie na zimę. Muszę ci powiedzieć, że jeszcze wiele lat później, jak już moje dzieci chodziły do szkoły, przychodziliśmy jako rodzice do Batorego i opatrywaliśmy okna. Każdy przynosił watę, upychało się ją we wszystkie szpary, potem zaklejało. Żeby było cieplej.

 

Batory przegrywa. I to dwa razy!

’46 rok, wycieczka szkolna na wybrzeże. Każdy z nas zapłacił kilka groszy. Dano nam dwa wagony kolejowe i pojechaliśmy w trasę. Wycieczka trwała cztery dni. Jechała przede wszystkim reprezentacja sportowa. Miano rozegrać mecze w koszykówkę i siatkówkę: Batory kontra reprezentacje szkół Sopotu i Wrzeszcza. Jeden z tamtejszych uczniów uderzał hakiem. Piłka dostawała wibracji i była nie do odebrania. Oba mecze przegraliśmy.

Antepowicz, nie zdałeś!

Nie chciało mi się uczyć. W głowie było harcerstwo, turystyka. W ’47 roku ojciec wraca ze szkoły do domu. – Niestety, nie zdałeś! – zaczyna. – Z czego? – pytam. – Ze wszystkiego. Ze wszystkiego ci postawili gały. – Po prostu nauczyciele widzieli, że się nie uczę. Ojciec się struł, cholera. No ale mój Boże, stało się. Muszę ci powiedzieć, że zrobili dobrze, że mnie wtedy obcięli. Dzięki temu dojrzałem. I wtedy nagle reforma oświaty. Z gimnazjum i liceum zrobiono 9-latkę. I taką szkołę skończyłem. W ’49 zrobiłem maturę i zaczęła się ciężka droga.

Chciałem iść na architekturę. Nie dostałem się, nie było dla mnie miejsca. Bo nie miałem protekcji. W tamtych czasach była lista z partii, z wojska, lista z milicji, z ministerstwa. Każda miała swoich kandydatów. Nie należałem do żadnej z tych list. Jestem dzieckiem pochodzenia ziemiańskiego, z inteligencji. Tacy ludzie nie mieli szans.

Ale miałem to szczęście, że na architekturę papiery składałem nie z Batorego, a ze szkoły muzycznej. A w dokumentach ze szkoły muzycznej nie było żadnych śladów mojego pochodzenia. Było na nich „Antepowicz Jerzy, syn tramwajarza”. Bo jak w czasie okupacji Niemcy wyrzucili mojego ojca z majątku, to przyjechał do Warszawy i zaczął pracować w Miejskich Zakładach Komunikacyjnych. Przez pół roku jako magazynier żywnościowy, a potem zaproponowano mu prowadzenie gospodarstwa rolnego należącego do zakładów. A po co im było coś takiego? Zakłady dożywiały swoich pracowników, dlatego potrzebowały gospodarstwa. Mój ojciec został jego szefem. Ale wciąż działał w tramwajach. Dlatego w papierach mogłem wpisać „ojciec tramwajarz”. Jednak przez pierwszy rok coś trzeba było studiować. Ja, który uciekałem od matematyki, jak się nie dostałem na architekturę, poszedłem na UW na matematykę. Uczyły mnie gwiazdy. To byli najwięksi naukowcy i oni uczyli nas – tumanów.

Ale chciałem studiować na Politechnice, chciałem być inżynierem architektem! Poszedłem na uniwerek do kierownik dziekanatu. – Proszę pani, nie będę kręcić. Mam prośbę, niech mi pani wyda moje papiery. Chcę iść na Politechnikę. Tu przyszedłem, bo się nie dostałem w ubiegłym roku na architekturę, a gdzieś musiałem iść, by mnie nie wzięli do wojska! – przyznałem. I wydała mi tylko maturę, reszta została u niej. Jakbym się nie dostał, to mogłem wrócić. A papiery z danymi miałem ze szkoły muzycznej, gdzie nie było śladów ziemiaństwa. I dostałem się. Zdałem egzamin bez problemu! Ale skierowali mnie na inny wydział, bo na architekturę znowu było za dużo chętnych. Strasznie mi tym dali w kość.

Bartłomiej Pograniczny

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.